Szczerze o Bielenda Blueberry C-Tox

Jak zobaczyłam nową serię z Bielendy Bluberry C-Tox to pierwsze co sobie pomyślałam, to: Woow, ale piękne opakowania! Muszę przyznać, że Bielenda ma coraz to ciekawsze serie, które trafiają w moje serduszko nie tylko pod względem wizualnym. Całą serię zakupiłam w cenie promocyjnej na stronie w Drogerii Natura (która ulepszyła swoją stronę internetową, huraaaa, w końcu :D:D). Potem stacjonarnie jeszcze dostałam próbki kremu, dzięki czemu mogłam dać koleżance do wypróbowania.

Oczywiście zaraz po tym stwierdziłam: Czas zobaczyć składy! No i, co się nie często zdarza – wszystkie produkty w serii mają dobry skład.

Niektóre linki są linkami afiliacyjnymi – za Twój zakup produktów z linka dostanę niewielki procent, co pozwoli rozwijać tego bloga dalej i pozostać niezależną blogerką 🙂

Dobry skład

Ja pod tym pojęciem zamykam pewne kryteria, które są dla mnie istotne:

  • brak wypełniaczy typu parafina czy wazelina (które są tanie, łatwo dostępne i mi nie służą),
  • wysoko w INCI ekstrakty, oleje,
  • różne oleje (nie tylko popularne np. masło shea, albo olej winogronowy) – zauważyłam mniejszy efekt zapychający gdy są różne oleje w składzie,
  • brak składników (napisane skrótowo, tak jak ja to zapamiętuję, żeby łatwo było mi je wyszukać z pamięci): DEA, DMDM, Propylene Glycol (unikam, gdy jest wysoko w składzie), silikonów (Dimethicone, Methicone), dziwnie brzmiących nazw :D, BHT.

Nikt nie ma tyle czasu, żeby analizować każdy składnik, dlatego gdy zobaczę silikon czy jakieś PEGi na końcu składu to przymykam oko. Szczególnie, gdy kosmetyk jest z niskiej półki cenowej. Najistotniejszy dla mnie jest początek składu, bo jednak tych substancji jest najwięcej w produkcie.

Seria Bielenda Blueberry C-Tox jest naprawdę przyzwoita, zarówno cenowo, jak i składowo. Alicja z W krainie składów wyraziła zachwyt nad składami, więc można brać w ciemno, a jeśli macie wątpliwości to sprawdźcie skład na Lupie Kosmetycznej.

To teraz najważniejsze, czyli działanie.

Ku przypomnieniu: mam cerę mieszaną, w kierunku tłustej i skłonność do zaskórników. Taką cerę także należy nawilżać i odżywiać, ponieważ wtedy się mniej buntuje.

Muszę przyznać, że najbardziej spodobał mi się mus do mycia twarzy, który ładnie domywa buzię i nie wysusza jej. Pięknie pachnie (jak cała seria – jagodowo) i nie pozostawia żadnego filmu (tłustej powłoki) na twarzy. Na pewno kupię go ponownie. Jest dosyć wydajny, po prostu bardzo miło się go użytkuje. Zdecydowanie ma lepszą konsystencje niż ta pianka Bielenda Smoothie Foam, choć na nią nie mogłam narzekać. Skóra mieszana także potrzebuje łagodnego traktowania, ponieważ gdy nie jest wysuszona to nie produkuje tak dużo sebum i nie tworzą się wypryski z przesuszenia. Taki produkt myjący oczyści buzię, ale nie martwcie się – nie zapcha Was, za to nie spowoduje wysuszenia i podrażnienia. Cerom suchym też powinna przypaść do gustu taka formuła. Naprawdę warto spróbować. Często używałam jej jako pierwsze mycie (ze względu na oleje może lepiej rozpuszczać zanieczyszczenia), a drugie mycie z delikatnym żelem (np. Soraya Naturalnie). Raczej nie zmyje makijażu, ale też to nie jest jej funkcja, więc wszystko jest w porządku.

Serum

serum Bielenda Blueberry C-Tox

Drugim produktem, który mi się sprawdził z tej serii to serum, które jest leciutkie, a jednocześnie faktycznie nawilżające. W ciepłe dni używałam je samodzielnie, bez kremu. Zawiera mnóstwo antyoksydantów i na początku widziałam jego nawilżające działanie. Używam go nadal na całą buzię, bo tam nie zauważyłam nic negatywnego. Lubię jego zapach i ogólnie mam pozytywne odczucia, bo nie mam pewności czy osłabienie skóry pod oczami to jego wina. Świetnie w połączeniu z kremem pod makijaż, ale solo także daje radę, szczególnie przy cerze przetłuszczającej się, ale odwodnionej.

Maseczka

maseczka smoothie bielenda blueberry

Zanim przejdę do kremu, opowiem Wam o masce. Co prawda ciężko oceniać maseczkę po jednym użyciu, ale jest bardzo przyjemna. Co prawda nie wiem po co ma pestki/ drobinki borówek/ jakieś kuleczki, nie wiem czy to tylko efekt wizualny, ale zdziwiło mnie to, bo przecież to niej jest peeling. Użyłam jej po wyciskaniu i męczeniu buzi (nie jestem z tego dumna!), żeby miała się jak wykazać i faktycznie ukoiła moją skórę. Buzia po użyciu była miękka i nawilżona, to samo następnego dnia. Jestem z niej zadowolona i kupiłam ją ponownie. Jednak muszę wspomnieć o tym, że zawiera Micę, która się subtelnie błyszczy, więc jeśli nie lubicie tego efektu, to musicie umyć skórę po tej maseczce. Nie jest to efekt rozświetlacza, ale w słońcu, czy sztucznym świetle może być widoczny. Nieco intensywniejszy efekt daje krem.

Krem – pianka

Krem jest lekki i ma śmieszną galaretkowatą konsystencję. Niestety pachnie najgorzej z całej serii, dosyć chemicznie i trochę dziwnie. Razem z serum sprawdził mi się pod makijaż jako nawilżenie przed nałożeniem podkładu itp. Daje rozświetlenie właśnie przez Micę, która jest naturalnym składnikiem, ale wiem, że nie każdy pożąda takiego efektu. Nie jest on irytujący, tak jak w kremie z Miya, ale po prostu jest. Sam krem jest nawilżający i szybko się wchłania, jest dosyć wydajny przy swojej lekkiej formule. Ma dość dużo olei w sobie, ale raczej dla skóry suchej to będzie za mało.

Muszę przyznać, że sceptycznie podchodziłam do działania rozświetlającego tej serii, który obiecuje nam producent, ale po kilku użyciach widziałam jak promiennie wygląda moja cera, wyglądała po prostu pięknie. Świeżo, dziewczęco, była rozświetlona, ale tak jakby od wewnątrz. Normalnie czary! Obecnie nie widzę tego efektu, ale może przyzwyczaiłam się do takiego wyglądu, albo skóra przyzwyczaiła się do składników i już tak nie wygląda.. Szczerze mówiąc – nie mam pojęcia, piszę o swoich odczuciach 🙂

Podsumowując

Cała seria może być świetną bazą pielęgnacyjną dla skóry mieszanej i tłustej. Takie cery potrzebują nawilżenia, bez obciążenia skóry i w tych produktach mamy faktycznie zachowaną równowagę. Ja mam skłonność do zapychania się porów, więc czasem zauważałam, że potrzebuję większego oczyszczenia buzi, ale nie winiłabym za bardzo tych kosmetyków. No może trochę krem, ze względu na składnik, który budzi moje wątpliwości: Ethylhexyl stearate. Przy okazji testowania kremu, który strasznie mnie zapchał odkryłam, że ten składnik może negatywnie wpływać na moją skórę. Niestety nie mam pewności. Podsumowując: serum i piankę kupię ponownie, maskę już kupiłam. Najsłabiej wypada krem, ale to nie znaczy, że nie jest dobry. Chętnie go używam pod makijaż i myślę, że sprawdzi się także na zimę.

Używałyście tych kosmetyków? A może któryś Was zainteresował? Napiszcie proszę w komentarzach 🙂

Twoja opinia jest dla mnie ważna, daj znać co myślisz:
[Wszystkie głosy: 0 Średnia ocena: 0]